Są nieodłącznym elementem portugalskich krajobrazów. Można je spotkać prawie na każdym rogu. Niekiedy są wolnostojące – proszę się nie łudzić co do ich urody: architektonicznie bliżej im do tzw. „blaszaków” niż do jakiejkolwiek nieco bardziej wyrafinowanej bryły. Czasami są zwykłą dziurą w ścianie – prawie tą samą, w której serwuje się ginję. Wyglądają wtedy niczym przypadkowo zagospodarowana przestrzeń między budynkami (u nas zasypana śmieciami, starymi materacami, popsutą pralką lub kolekcją pustych butelek po nielegalnych libacjach – tam z kolei biesiaduje się w nieco bardziej kulturalny sposób). Wepchnięte w każdą możliwą przestrzeń. Są też takie, które wyglądem przypominają peerelowskie pawilony – u nas z trwałą ondulacją i paprotkami – tam nie dość, że nie mają nic z tym wspólnego, to jeszcze potrafią być umiejscowione przy małym wiejskim rondzie. A czasami nawet i na nim. Są też niekiedy bardziej wytworne – przypominające nasze lokale gastronomiczne. Zastanawiam się tylko czy drugiej, czy trzeciej kategorii? Bywają i takie, które są najprawdziwszym garażem w bloku. To znaczy nie są garażem, ale znajdują się w pomieszczeniu do tego celu przeznaczonym.

O portugalskich tascach

Mowa o portugalskich tascach. Małych knajpkach, które wyglądem pozostają lata świetlne od naszych dizajnerskich przybytków na rodzimym rynku, ale często też o lata świetlne wyprzedzają nasz gastronomiczny „półświatek” pod kątem i gościnności i jakości jedzenia. Lokalach, przed wejściem do których – można się zastanawiać: czy warto? Czy mnie nie otrują? Odpowiadam: warto! A nawet i trzeba!

Wiem, południowa gościnność w naszym nadwiślańskim kraju podejrzewam, że by się nie przyjęła. Po pierwsze primo: tam uśmiech – tu blaz; po drugie primo: tam luz i otwarte ramiona – tu za głęboko połknięty kij sztywności, lub też umiejscowiony w innej części ciała; po trzecie primo: tam czujesz się zaproszony do biesiadowania – tu zdarza się, że czujesz się wyproszony, etc.

Z racji, że metraż mały – stoliki ciasno upchnięte, na nich papierowe obrusy, na których kelnerzy zapisują zamówienie i podliczają rachunek. Krzesło przy krześle. Głośno i gwarno. Muzyka? Brak. Nie przeszkadza czy wręcz uniemożliwia wymiany myśli z współbiesiadnikami. Na ścianach często telewizory (sam obraz, bez fonii; no chyba, że jest mecz), lub klimatyzatory w postaci wentylatorów, albo zdjęcia: dziwne i przypadkowe, nie muszę dodawać, że kiczowate. Na hygge design szkoda pieniędzy. Często są to też lokale tak małe, że umywalka nie zmieściła się w toalecie i ręce się myje przy kegach z piwem niemalże za barem (halo Sanepid, słyszycie?!?). Bywa i tak, że za bar robi lada chłodnicza, w której piętrzą się ryby i owoce morza, a obok stoją butelki z winem. Kuchnia zazwyczaj otwarta. Nie przeszklona, nie z półkami uginającymi się od słoików z kiszonkami – po prostu oddzielona od sali blatem roboczym tudzież kawałkiem ściany z luksferów. Ściany, zza której z dziką przyjemnością podglądam panie kucharki ubrane w nylonowe podomki z siatkowymi czepkami na głowie. Kucharze z kolei nie noszą białych kitli z napisem executive chef. Wiem, czepiam się, mylę porządki. Czy aby pewno?

Zdarzało mi się w Polsce nie raz spotkać takiego jegomościa w przydrożnym barze przy stacji benzynowej… Kelnerzy nie noszą airmaxów ani skórzanych fartuchów. Prosto od barbera też nie wyszli. Panie natomiast nie mają sztucznych paznokci, które uniemożliwiają obsługę trybuszona. Często są to współmałżonkowie/rodzeństwo/kuzyni/właściciele – niepotrzebne skreślić. Widziałem też na własne oczy, jak kelner chwilę przed otwarciem lokalu podjechał na rozklekotanej motorynce w reklamówką świeżych ryb, które 10 minut później skwierczały na grillu. Nie będę z grzeczności cytował, co kiedyś usłyszałem, jak poprosiłem kolegę barmana z pracy, by kupił 2 kg cytryn w drodze do pracy…

Sprawdź wina portugalskie w zestawie Ale Portugalia!

Menu często pisane ręcznie na kartce A4. Bez znajomości języka może być problem. Ale nie musi! Nie zapominajmy, że jesteśmy w kraju, gdzie ludzie co do samej zasady są uśmiechnięci i mili; tym samym zawsze się dogadasz. A jak schemat Jakobsona ma braki na łączach – wtedy na tacy przyniosą ci z kuchni kilka pozycji i palcem wybierasz swoją kolację.

Zazwyczaj otwierają swe podwoje o 19. O 19:10 stoisz już ponad godzinę w kolejce i czekasz na wolny stolik. Pamiętam też taki wieczór w Porto, gdzie po urodzinowym posiłku tańcowałem z kucharką na ulicy przed lokalem. No dobra, w krakowskich barach też odbywały się tańce i swawole. Żeby nie było, że cudze chwalicie…

Nie muszę mówić, że jada się tam nad wyraz prosto i smacznie. To, że tanio – to oczywista oczywistość. Tym charakteryzują się tascas. Po to się tam chodzi, po to się je odwiedza. Mam kilka ulubionych. Jedną przy rondzie w Monchique. Drugą przy schodach koło dworca Rossio w Lizbonie, tę w Porto, o której wspominałem powyżej. Do tej listy wypada też dopisać tawernę in the middle of nowhere na Săo Miguel, gdzie spałaszowałem sopa com Serviço de Ortopedia. Postaram się o nich Państwu opowiedzieć w następnych felietonach. W najbliższym m.in. o najwspanialszym tuńczyku w boazerii, którego po raz pierwszy zjadłem w Monchique. I nie mogę się doczekać, aż za 3 miesiące zjem go ponownie. Tymczasem – até breve!

Przeczytaj także drugą część felietonu Grzegorza Bińczyckiego, Piękno tkwi w prostocie - czyli co i gdzie jeść w Portugalii #2

Autor: Grzegorz Bińczycki