Mówi się, że Porto to najbardziej mokre miasto południowej Europy; że leje, że mgła, że zimno, że będąc tam trzeba często liczyć się ze zmianą planów turystycznych ze względu na nieprzewidywalność warunków atmosferycznych. Mówi się też, że kto kocha Porto, nie przepada za Lizboną i odwrotnie. Odwieczny konflikt między tymi, co jedzą flaki, a tymi, co jedzą sałatę. Jedno jest pewne: oba miasta stają się ofiarą swej popularności: są coraz bardziej zadeptane przez turystyczną stonkę.  

Jednakowoż będąc w Porto ani nie zaznałem deszczu, ani nie było mi zimno. Zdarzyło mi się natomiast szukać schronienia przed żarem lejącym się z nieba w Jardins do Pálacio de Cristal. Ale mam też na koncie ponad dwutygodniowy pobyt w Lizbonie, podczas którego nie padało tylko przez… 3 dni. Tak więc sami widzicie, jak to jest. 

Zanim jednak spędziliśmy dzień w Ogrodach z XIX w. schodziliśmy Porto wzdłuż i wszerz. Nie był to wielki wyczyn, gdyż miasto nie jest duże i wszędzie można dostać się na piechotę. Można wspiąć się na Ponte Dom Luís I i podziwiać zapierający dech w piersiach krajobraz miasta. Można przedostać się na drugą stronę mostu do Vila Nova de Gaia, spocząć na trawie i czekać na zjawiskowy zachód słońca. Można pogubić się w klimatycznych uliczkach, np. w dzielnicy Ribeira. Proszę tylko uważać na rzezimieszków! Zresztą bycie flâneur’em to dla mnie najlepszy sposób na poznawanie nowych miejsc. Posiadanie listy z miejscami, które chce się zobaczyć to jedno. Całodniowe spacerowanie bez konkretnego celu i kontemplowanie miasta – w to mi graj! I gdy tak się błąkaliśmy raz i drugi po Porto, uwagę moją przykuł w pewnym momencie… ruszt.  

Mały żelazny ruszt, wystawiony na chodniku przed kamienicą. Palenisko na trzech nóżkach, pod którym płonął żywy ogień. A na ruszcie kilka sardynek, których uwodzicielski zapach przypieczonej skóry, drażnił nozdrza. Będąc w Porto, można natknąć się na restauracje, które wystawiają na chodnik duże ruszty i na nich przyrządzają owoce morza i ryby – w szczególności sardynki. Serwuje się je zazwyczaj z ugotowanymi ziemniakami, ćwiartką cytryny i ewentualnie porcją sałaty. Smak świeżo grillowanej, nieprzyzwoicie pysznej i tłustej ryby, od której klejące się dłonie, nie są w stanie utrzymać kieliszka zimnego białego vinho verde , przykładowo Muros Antigos Loureiro 2019 – to jest raj! 

Ciężko ten smakołyk przyrządzić w domu, gdyż swąd opiekanych na ogniu łusek jest dość przenikliwy i długo się go nie pozbędziemy z domu, aczkolwiek jak już wcześniej wspominałem – jest coś w tym zapachu nęcącego. Można za to, w zaciszu domowym, bez wizyty straży pożarnej, przyrządzić salada de polvo – sałatkę z ośmiornicy. Rzecz niebywale prosta: ośmiornica, cebula, oliwa, ocet, kolendra lub pietruszka. Czasami można spotkać wersję z pomidorem i papryką. Ingrediencji tu niewiele, ale nie o ilość, a o jakość składników toczy się tu bój. Miałem okazję takiej sałatki skosztować w Restaurante Bragança – miejscu, które wpisuję się w estetykę tascas, o których wspominałem w poprzednich felietonach. Miejsce to niewielkie, wystrój lekko trącący myszką – tym razem lata dziewięćdziesiąte. Króluje chrom na wysoki połysk, niepoliczalna ilość luster przyciętych w geometryczne wzory: na barze, pod barem i na ścianach. Obok luster, wątpliwej jakości zdjęcia miasta. Feeria kolorów i dźwięków, gdyż lokal wypełniony po brzegi. A przed lokalem – tradycyjnie – kolejka.

Gdy kilka dni wcześniej przechodziliśmy koło tego miejsca i zobaczyliśmy tę kolejkę, usłyszałem: „Nie będziemy tu stać, już wystałem się w kolejkach za czasów PRL-u, po moim trupie”. Zaledwie dwa dni później… czekaliśmy w niej na swój stolik. Na szczęście miałem wtedy urodziny – więc wieczór należał do mnie! Wracając do miejsca: plastikowe stoliki udające marmur, przy barze niklowane hokery z siedziskami z czarnego skaju – łokieć przy łokciu, to ci, dla których zabrakło miejsca przy stolikach. Puste skrzynki po piwach blokują wejście do toalety, obok której, na blacie barowym stoi waga, na której obsługa waży świeże ryby zamówione przez konsumentów. W lodówce Coli stoją ciasta, w lodówkach piwa Super Bock chłodzą się wina, natomiast w lodówce Néstle – świeżo oprawione owoce morza. Portugalski „porządek”, który nikogo nie dziwi. Na suficie natomiast profesjonale oświetlenie… biurowe. Komu to przeszkadza?  

Wracając do jedzenia: szybki przegląd karty i zamawiamy prawie wszystko. W końcu to moja kolacja urodzinowa! Dania wychodzą z kuchni tylko w sobie znanej kolejności i okazuje się, że na danie główne dostaję wcześniej wspomnianą salada de polvo. Cóż za wspaniały wybór! Po raz kolejny okazuje się, że piękno tkwi w prostocie. Zaledwie kilka składników, a uczta królewska! Elegancko chrupiąca ośmiornica – wcześniej ugotowana rzecz jasna – i przyrządzona w sam raz. Nie gumowata i nie twarda (dla podkręcenia smaku można ją na chwilę wrzucić na grilla, w Internecie znajdą Państwo niejeden przepis, jak obejść się z tym morskim stworzeniem). Do tego cebula posiekana w piórka (czerwona lub biała) oraz kolendra. Pomidor pokrojony w grube plastry podbija słodycz ośmiornicy, dla równowagi smaku: ocet winny i oliwa. W jednej ręce pajda chleba, w drugiej kieliszek białego vinho verdei można świętować! Takich urodzin Państwu życzę! 

Poprzedni odcinek Piękno tkwi w prostocie - czyli co i gdzie jeść w Portugalii

Autor: Grzegorz Bińczycki